piątek, 9 sierpnia 2013

Inny świat

Fizycznie wyczerpani, wsparci duchowo i wytrwali psychicznie. Takie wieści przywozimy od naszych bezdomnych pielgrzymów. Mimo trudności napotkanych w drodze, ekipie fundacji udało się późnym wieczorem (8 bm.) ich odwiedzić. Dostarczyć jedzenie, dodatkowe buty, wodę... i po prostu razem pobyć.






Choć późno, przy niebieskich namiotach słychać rozbudzone głosy - „Jesteśmy jak wspólnota!”, „Pomagamy innym, a oni nam”. Na szlaku nie brakuje okazji do dobrych uczynków. Bezdomni ich nie marnują. Wspierają tych, którzy w upale nie dają już rady. Podobno znają też wszystkie teksty piosenek i zachęcają innych do wspólnego śpiewu. Ale pielgrzymka to nie tylko radosne wędrowanie, ale przede wszystkim trud. Na jednym z odcinków, Zbyszek - opiekun naszych pątników, powiedział żonie tylko, że jutro zadzwoni. Na więcej słów nie miał siły. Prawie czterdziestostopniowy upał daje się we znaki. Zepsute buty, bąble i odciski, to jedynie dodatek przy nieustannym żarze z nieba.


Siedzenie w słońcu sprawia człowiekowi trudność, a oni maszerują od świtu do nocy… kolejny już dzień. Jacek przy takiej pogodzie i wysiłku nie może nic jeść od kilku dni. A bardzo chce iść dalej, w najbliższym czasie ma odwiedzić punkt medyczny. Mirek radzi sobie na swój sposób. W środku nocy wstaje, na trzydziestominutowy bieg, by rozprostować nogi. „I tak bolą i tak. Trzeba nimi trochę poruszać”- mówi.



Wśród pożegnań, pada pytanie jednego z bezdomnych „Czy to chociaż połowa?”. Ale tu kilometry nie mają decydującego znaczenia. To czego już zdążyli doświadczyć, jest przebytą drogą. Każde z wyrzeczeń, uśmiech do siostry czy brata, zwątpienia… Jak sami mówią „To jest zupełnie inny świat”, niezależny tylko od położenia na mapie.

Karolina Kędzia







sobota, 13 lipca 2013

Nie ma „fejsa”, ale kibicuje KSW



Nie ma czasu na sentymenty. Brat Adam Zwierz „odpływa” na daleką północ Europy by nawracać wikingów, a jego miejsce zajmuje brat Michał Gawroński. Dwumetrowy osiłek w kapucyńskim habicie.

–Specjalnie na tę okazję kupiłam nową kieckę – żartuje wolontariuszka Aneta, tuż przed czwartkowym spotkaniem duszpasterskiej wspólnoty bezdomnych „Schody do nieba”. Wolontariusze, którzy jeszcze nowego brata nie widzieli, dopytywali się bezdomnych o pierwsze wrażenia po spotkaniu br. Michała. Bo ci już od poniedziałku mieli okazję nieco go poznać. – Gdybym spotkał brata „po cywilu” na mieście, po zmroku, to oddałbym mu cały swój dobytek i uciekał najszybciej jakbym mógł – przyznaje bezdomny Andrzej, dodając, że br. Gawroński wygląda wyjątkowo groźnie. Niczym samuraj. Pewnie właśnie dlatego, Anna Niepiekło, koordynator projektów Fundacji Kapucyńskiej, postanowiła na wstępie, po krótce brata Michała przedstawić. – Zapewniam Was, że mimo wyglądu, brat jest bardzo sympatyczny i ma prawdziwie lwie serce – uspokajała. A że zna się na ludziach, więc… ufamy. 



Okazało się, że wszelkie obawy dotyczące nowego brata były zupełnie bezpodstawne, a świeżo upieczony duszpasterz bezdomnych zaprezentował się z jak najlepszej strony. Mimo lekkiego poddenerwowania, wspólnotowe spotkanie poprowadził wręcz śpiewająco, chociaż podobno śpiewania nie zalicza do listy swoich talentów. Natomiast głoszenie Słowa Bożego na pewno do niej należy. – Nie jesteśmy samowystarczalni. Każdy z nas potrzebuje przede wszystkim Boga, ale również drugiego człowieka. Potrzebujemy takiego Samarytanina, który nam pomoże – mówił br. Michał, nawiązując tym samym do niedzielnej Ewangelii. 



Po spotkaniu bezdomni dobijali się do brata chcąc z nim osobiście porozmawiać. – Bardzo sympatyczny. Jestem zaskoczona – skomentowała „na gorąco” Marzena, bezdomna. Bo rzeczywiście, brat Michał to normalny facet – fan ciężkiej muzyki, kawałów o jezuitach i walk KSW. W seminarium pracował z alkoholikami, a po święceniach kapłańskich zajął się posługiwaniem bezdomnym w Lublinie, gdzie spędził 4 lata. Czuje więc klimat ludzi z ulicy i widać, że dobrze mu z nimi. 

A wyróżnia się nie tylko wzrostem... Otóż, brat Michał nie ma konta na facebooku. 



Adrianna Gągol

piątek, 5 lipca 2013

Nie patetycznie, ale normalnie

Pojawiałeś się tam, gdzie nie chciałam żebyś był. – mówiła wyraźnie wzruszona Ania Niepiekło podczas czwartkowego pożegnania br. Adama Zwierza. Nowym domem duszpasterza warszawskich bezdomnych będzie teraz Szwecja.

Spotkanie Wspólnoty „Schody do Nieba” wyglądało odrobinę inaczej niż zazwyczaj. Co prawda była kawa, kanapki i czytanie Ewangelii. Było również dzielenie się słowem w grupach. Nie zabrakło także pokrzepiającego słowa br. Adama. I chociaż wygłoszonego po raz ostatni w murach Jadłodajni, to jak zwykle dalekiego od moralizowania, a szczerego i prostego powiedzenie tego co ważne. Odnieść można było nieodparte wrażenie, jakby brat Zwierz siedział z każdym z uczestników przy jednym stole, a nie mówił do wszystkich naraz.

„Można z nim pogadać o wszystkim”, „Równy gość”, „Zaszedł niektórym za skórę” – tak mówią o br. Adamie wolontariusze i podopieczni Fundacji. A on? W naturalnym dla siebie stylu konkretnie i szybko dziękuje za życzenia i prezenty, którymi został obdarzony. – Myślałem, że w tym plecaku zmieści się wszystko na wyjazd. Miejsca wystarczyło na cztery brewiarze – żartował br. Zwierz, który ponadto wielki podarowany słonecznik wykorzystał, jako narzędzie do… „dokazywania”. Wśród upominków znalazł się album zdjęć z niezapomnianych chwil życia Fundacji w ostatnich trzech latach. Bo tyle czasu popularny „Zwierzu” spędził na Miodowej.

Marek – jeden z bezdomnych – składając życzenia przyznał , że „kogo się lubi od tego się wymaga”. Między innymi właśnie tego, on i wielu innych nauczyło się od swojego duszpasterza. Br. Adam, mówiąc o swoim nowym miejscu przyznał, że w Szwecji nie ma bezdomnych. Riposta była szybka: Przyjedziemy! – krzyknęli bezdomni. Nawiązując z kolei do Ewangelii, która nieprzypadkowo mówiła o posyłaniu, wyznał iż nie będzie zawsze tam gdzie bezdomni, a bezdomni nie pójdą w miejsca, w które on się udaje. Tak żeby każdy mógł spełniać nie czyjeś, ale dokładnie swoje powołanie. – I trzeba modlić się. Bo to najważniejsze – dodał na zakończenie.

Karolina Kędzia













wtorek, 18 czerwca 2013

Pragnienie prawdziwej wiary

Janek. Nietuzinkowa postać. Oczytany, inteligentny i zabawny. Niepasujący do środowiska w którym przebywa. Kolejny bohater cyklu: Historia bezdomnego.

Moja historia jest prosta. Mieszanka alkoholu i lenistwa spowodowały, że znalazłem się na ulicy - stwierdza na samym początku rozmowy. Pech chciał, że Janek wywodzi się z rodziny z problemami alkoholowymi. Wszyscy mężczyźni – bez wyjątku – pili nałogowo. Niestety Jankowi nie udało się zerwać z rodzinną „tradycją” i przez większość swojego dorosłego życia, nie rozstawał się z „butelką”. Na pewno stylu życia nie ułatwiał mu charakter. Janek to typowy samotnik, który każdą wolną chwilę poświęcał swojej pasji: czytaniu książek. – Dopóki nie miałem problemów ze wzrokiem, to czytałem po jednej książce dziennie. Teraz jest trochę gorzej. Ale póki jeszcze widzę, to staram się czytać – przyznaje, dodając jednocześnie, że najbardziej interesują go książki o tematyce historycznej.

I chociaż w dzieciństwie Janek był bardzo zdolnym uczniem i zapalonym matematykiem, to jednak do szkoły było mu „pod górkę”. Z powodu lenistwa skończył jedynie szkołę zawodową, ale fach zdobył: jest brukarzem. Swoją sumienność starał się wykorzystywać w walce na rynku pracy. Skutecznie, bo ze znalezieniem zatrudnienia nigdy nie miał problemów. Gorzej było z utrzymaniem stanowiska. – To co robiłem szybko mi się nudziło. Dlatego też często zmieniałem pracę – przyznaje i dodaje. – Przyzwyczaiłem się do życia na ulicy i wiem, że ciężko byłoby się przestawić na normalny tryb życia. Dlatego niechętnie podjąłbym się pracy stałej.

Tak więc Janek musi zadowolić się robotami dorywczymi. Sprzyja mu w tym abstynencja w której trwa już od pół roku. – Co prawda, takie okresy zdarzały się wcześniej, ale teraz już wiem, że nie chcę do tego wracać – przyznaje stanowczo. Zapytany jednak o to, jakie ma potrzeby materialne odpowiada krótko. – W zasadzie nie mam potrzeb. A pragnienie? Nie pragnę nic, poza prawdziwą wiarą – stwierdza i kiedy zaczyna mówić o swojej relacji z Bogiem, to w jego oku pojawia się błysk.

Adrianna Gągol




czwartek, 6 czerwca 2013

Na razie czekam

- Co mi daje wiara? To że jeszcze żyję. Gdybym nie wierzył to przypuszczam, że już dawno bym jakiegoś samobója strzelił – mówi 45-letni Krzysztof, kolejny bohater naszego cyklu. Od Zygmunta i innego, młodszego Krzyśka różni go to, że ma stałe lokum.

Znajduje się ono w starej, pożydowskiej kamienicy. Nie ma w nim prądu i bieżącej wody. – Wodę przynoszę sobie w bańkach i podgrzewam na kuchence gazowej. Jak chcę się umyć – biorę miskę. Mógłbym pojechać na Żytnią, albo Pobożańską (są tam łaźnie dla bezdomnych – przyp. red.), ale tu jest lepiej, nie ma stresów, kolejek – tłumaczy Krzysztof.
Mężczyzna skończył szkołę muzyczną i technikum samochodowe, nie poszedł na studia, bo nie było go na nie stać. Od dłuższego czasu zajmuje się pracami wykończeniowymi, zwłaszcza kładzeniem glazury, 3 lata pracował we Francji. Interesuje się historią, swego czasu służył w grupach specjalnych, dwukrotnie był na misjach wojskowych za granicą. Kilka lat temu zachorował na raka dwunastnicy, jednak dzięki staraniom lekarzy chorobę udało się pokonać. Stał się bezdomnym, ponieważ nie był w stanie tolerować pijaństwa i awantur pierwszej żony, z którą ma 21-letnią, obecnie studiującą córkę. W końcu sam sięgnął po alkohol i jak mówi – stoczył się na tyle, że wstydzi się pokazywać dawnym znajomym. Z drugą żoną było podobnie, też lubiła sobie wypić...
Zanim mężczyzna znalazł wspomnianą kamienicę szukał schronienia w różnych miejscach. – Spało się po budowach, nawet parę razy na klatce mi się zdarzyło, ale przeważnie starałem się mieć jakąś kwaterę, jakiś pokój – mówi. – Z pracą nie miałem problemów. Jak ktoś naprawdę chce pracować to za mniejsze czy większe pieniądze będzie pracował – dodaje.
   
                                                                                     

Do Fundacji Kapucyńskiej trafił zachęcony przez jednego z wolontariuszy, przyszedł na spotkanie wspólnoty duszpasterskiej „Schody do nieba” i został. Obecnie od czasu do czasu przychodzi na zupę do jadłodajni i pomaga robić Różańce Bezdomnych.
– Jak wychodziłem z domu na swoje (miałem wtedy około 16 lat, byłem rozrabiaką) matka mi powiedziała – synu rób tak w życiu, żeby nikt przez ciebie nie cierpiał. To ona nauczyła mnie pomagać, dlatego jak tylko mogę, staram się to robić. W zeszłą zimę to nawet 8 bezdomnych u mnie spało, w małym 15-metrowym pokoiku – wspomina.
Ważnym elementem w jego życiu jest wiara, wierzy w Boga od dziecka. Gdy był w 5 klasie podstawówki miał sen. – Przyśniła mi się Matka Boska (...) i powiedziała: pamiętaj masz coś do zrobienia w życiu. Tylko co? Już tyle zrobiłem złego i dobrego, że sam nie wiem. Na razie czekam.


Katarzyna Łoś

poniedziałek, 13 maja 2013

Do trzech razy sztuka…?

„Na gigancie” jestem od pięciu lat. Od śmierci mamy… – tak 27-letni Krzysiek, kolejny bohater naszego cyklu komentuje swoją obecną sytuację. I chociaż może się wydawać, że jego staż na ulicy nie jest długi, to jednak widać, że mężczyzna jest wyraźnie zmęczony swoją bezdomnością. 
 
– Skończyłem „zawodówkę”, ale nie chciałem pracować jako mechanik, więc poszedłem do wojska – opowiada spokojnie Krzysiek. – Jednak zaraz po opuszczeniu jednostki wszystko się zaczęło psuć… - kontynuuje. Wspomnienia sprawiają, że głos zaczyna mu drżeć, a trzęsące się ręce utrudniają zapalenie papierosa. Ciężko mu mówić o dziewczynie, która zdradziła go z najlepszym przyjacielem. – Kochałem ją bardzo. Ale po tym wszystkim nie chciałem jej więcej widzieć – wyznaje. Zapytany jak potraktował byłego przyjaciela, po chwili ciszy przyznaje, że nie był wobec niego taki łagodny. Ale udało mu się otrząsnąć po tej podwójnej stracie: pracował i korzystał z życia. Nie spodziewał się, że jego życie diametralnie się zmieni. W 2008 roku odeszła najbliższa mu osoba. – Mama prawdopodobnie zmarła na zawał – mówi, a wzruszenie odbiera mu głos. Krzysiek załamał się, a jedyną rzeczą przynoszącą ulgę okazał się alkohol. – Wróciłem do domu „na bani” i zacząłem kłócić się z ojcem. I tego samego wieczora wylądowałem na ulicy – opowiada. Krzysiek szczerze przyznaje, że nie wie ile jeszcze czasu spędził w rodzinnej miejscowości zanim dotarł do Warszawy, bo cały czas był „w stanie nieważkości”.
W stolicy całkiem nieźle się odnalazł. Pierwsze pół roku spędził w schronisku, jednocześnie pomagając tam jako wolontariusz. Szybko znalazł sobie pracę, po miesiącu wynajął pokój, ale popracował tylko pięć miesięcy i znowu wylądował na ulicy. Identyczna sytuacja powtórzyła się później. Krzysiek znalazł etat jako pomocnik hydraulika i zarabiał naprawdę dobrze. – Wynająłem sobie pokój w Piasecznie. Znowu pracowałem. Nie brakowało mi niczego – przyznaje. A jednak… Brakowało mu alkoholu. – Najdłuższy okres jaki nie piłem? Chyba pięć miesięcy… – stwierdza ze smutkiem. Alkohol towarzyszył mu całe życie. Jego ojciec pił, środowisko w którym dorastał też nie stroniło od alkoholu. – Nie mam i nie miałem przyjaciół, więc butelka wydawała się jedynym wyjściem… Zresztą, wtedy łatwiej zapomnieć o wszystkim – przyznaje Krzysiek. 

 
Obecnie to co ułatwia mu przetrwanie na ulicy, to między innymi pomoc w Jadłodajni na Miodowej. Udziela się na kuchni, gdzie pomaga przy obiadach. – To jest jedyne miejsce, gdzie czuję się bezpiecznie – przyznaje z uśmiechem. W wolnych chwilach zaczytuje się w książkach historycznych i godzinami może słuchać Rammsteinu. Mimo trudnych doświadczeń nie traci nadziei, że jego marzenie normalnego życia się spełni. A zapytany czym dla niego jest normalne życie, odpowiada: – Dom, rodzina, praca, spokój… Już dwa razy powstałem. Może ten trzeci raz będzie szczęśliwszy? – dodaje z nadzieją. 
 
Adrianna Gągol